27 lis 2008

tajne przez poufne

Bardzo lubię filmy spółki Coen&Coen. Mają ten klimat, który nie pozwala oderwać się od ekranu. Oczywiście są filmy lepsze i gorsze (z mojego punktu oglądania, każdy może mieć inny) ale generalnie oglądanie ich zawsze sprawia mi przyjemność a niekiedy dziką przyjemność. W przypadku „Tajne przez poufne” nie ma mowy o dziczeniu ba nawet o lekkim znarowieniu nie ma co szeptać. Potrzebujemy wszyscy mieć własne miejsce wśród ludzi i musimy mieć przekonanie, że ci ludzie uznają to miejcse za nasze. Uznają nas za osoby godne swojego miejsca w społeczeństwie. Często jednak to samoakceptacja jest problemem. Nie wierzymy we własną wartość, swoje możliwości. Film opowiada o tym co potrzeba akceptacji robi z naszą wolą i do czego potrafi nas popchnąć. Hm, co by tu jescze napisać. że dobrzy aktorzy, potrafiący pokazać pazur i fajna historyjka nie wystarczyły. W tym filmie nie było ciekawych dialogów. Śmiałam się tylko na końcu z absurdalnej rozmowy szefów agencji. Ale siedzieć w kinie 2 godziny aby pośmiać się przez ostatnie 7 minut to za mało aby napisać coś więcej. Przyjemnie było popatrzeć na głupkowatego Pitta i zmanierowanego Clooneya ale jednocześnie pozostał niedosyt, że nie pokazali na co ich stać. Zupełnie niewykorzystany temat i aktorzy: Malcovich, Swinton, McDormand i wymienieni wcześniej. Szkoda, szkoda. Choć proszę mnie nie traktować jak wyroczni znam takich, którym film się spodobał. Przekonajcie się sami, może być w domu. kapelusznik

6 lis 2008

happy-go-lucky

Ten film ma wejść na ekrany naszych kin już w piątek. Postanowiłam, więc coś o nim skrobnąć. Jakoś nie specjalnie miałam ochotę iść do kina i oglądać go, „nie czułam” historyjki z opisów. Po filmie jednak nie żałowałam czasu spędzonego w sali kinowej. Poppy jest nauczycielką w zerówce. Pełna życia, zawsze uśmiechnięta wydaje się być uosobieniem beztroski. To wrażenie pogłębiają stroje Poppy, bo Poppy wygląda jak dzieci kwiatów. Jej otwartość na świat i życzliwe nastawienie do wszystkich daje dużą dawkę pozytywnej energii. Ale myli się ten, kto myśli, że Poppy ma tylko pstro w głowie. To kobieta dojrzała, która wie, czego chce i potrafi jasno wyrażać swoje zdanie. Widzimy to w konfrontacji z niesfornym uczniem i w czasie lekcji na prawo jazdy. Znakomita Sally Howkins bardzo dobrze pokazała charakter głównej bohaterki. Film warto zobaczyć też dla niesamowitej lekcji flamenco i odjechanego kursu jazdy samochodem, jaki zafundował jej instruktor. Po wyjściu z kina jakoś nie potrafiłam określić jasnej opinii o tym filmie i chyba to widać po tym, co napisałam, bo sam film nie specjalnie zagłębia się w życie postaci. Kiedy jednak zobaczyłam plakaty i datę premiery zapragnęłam znowu go obejrzeć. Ten film promienieje dobrymi emocjami. No to do kin, do kin, bo po co czekać!!!

kapelusznik

22 paź 2008

sita śpiewa bluesa

„Sita śpiewa Bluesa” to rysunkowa wersja Ramajany, połączona ze współczesną historią umierającej miłości. Wygnany z domu ojca książe Rama mieszka w leśnej głuszy ze swoją kochającą żoną Sitą. Niestety ich szczęście nie trwa długo bo oto Sita zostaje porwana i więziona na wyspie Lanka. Rama ratuje ukochaną ale nie wierzy w jej czystość. Sita pomyślnie przechodzi próby mające udowodnić jej wierność i razem wracają do zamku Ramy bo oto kończy się czas jego wygnania. W rodzinnym domu Książe znowu powątpiewa w uczciwość żony i każe ją wywieźć za granice swojego państwa. Równocześnie z losami Sity śledzimy losy amerykańskiego małżeństwa, które rozpada się pod wpływem rozłąki. On wyjeżdża na kontrakt do Indii! A ona tęskni. Niestety po przyjeździe do męża nie ma już między nimi dawnej bliskości i kiedy ona wraca do jakiś czas do kraju on mailem powiadamia ją o tym, że chce się rozstać. W obu przypadkach mężczyzna nie wytrzymał próby czasu i rozłąki a kobieta stała się symbolem wiernej choć beznadziejnej miłości. Historia jakich wiele i dlatego takie znaczenie ma tutaj forma opowiadania. Film jest zrobiony wieloma technikami rysunkowymi. Każda historia ma swoją kreskę. A do tego całość ozdobiona jest piosenkami Annette Hanshaw. Bo w końcu Sita śpiewa bluesa. Do tego film jest bardzo dowcipny i wszyscy na sali śmialiśmy się do łez. A piosenki były tak trafnie dobrane i takie ładne. Zdecydowanie był to film, który mnie się najbardziej podobał. Historia indyjskiej księżniczki Sity i jej męża niedowiarka opowiedziana przez amerykańską animatorkę Ninę Paley podbiła moje serce. Byliśmy na tym filmie razem dziećmi i choć skierowany był do widowni dorosłej to i one dobrze się bawiły. Polecam nie tylko dla miłosników animacji. Polecam także piosenki Annette Hanshaw. kapelusznik

20 paź 2008

young@heart

W ramach Warszawskiego Festiwalu Filmowego obejrzałam wczoraj dokument pełnometrażowy „Young@heart”. Film opowiada o amerykańskim chórze z Northampton. Wiele jest takich historii ale ten chór zasługuje na film, który o nim zrobiono. Członkami zespołu są ludzie starsi, w momencie kręcenia filmu najmłodszy z nich miał 74 lata a najstarszy 92. W czasie 90 minut filmu śledzimy przygotowania do kolejnego tournee z nowymi piosenkami. Smaczku dodaje to, że zespół śpiewa piosenki popularne nie będące przedstawicielami jakiegoś konkretnego gatunku muzyki. Śpiewają piosenki pop, rock, punk rock. Boba Dylana, Sinead O’Connor, Pointer Sisters, Jamesa Browna. Każdą piosenkę próbują zrozumieć i zinterpretować zgodnie z własnymi odczuciami. W filmie poznajemy kilkoro z członków zespołu. Zaczynamy ich lubić i rozumieć. Widzimy jaką siłę daje im śpiew i poczucie jedności. Siłę tak dużą, że zapominamy iż są to starzy i często schorowani ludzie. W czasie kręcenia filmu dwoje chórzystów umiera. Smutne, szokujące? Byli bardzo chorzy, jeden z nich wycofał się już wcześniej ze względu na stan zdrowia a teraz miał zaśpiewać gościnnie. Niestety nie udało się. Drugi z nich przeszedł wcześniej sześć chemioterapii ale tym razem nowotwór nie czekał na leczenie. Mimo to reszta zespołu jedzie na koncert i śpiewa już po godzinie od otrzymania wiadomości o śmierci przyjaciela. Tak musi być. Ci ludzie wydają się pogodzeni, że taki los czeka nas wszystkich, mówią „Wszyscy podążamy ta samą drogą”, „kiedy padnę na scenie odsuńcie się i śpiewajcie dalej”. To nie są słowa na pokaz kiedy mówi to 86-latka. Kiedy widzimy jak śpiewają dla więźniów to czujemy, ze maja więcej życia i młodości niż młodzi ludzie siedzący naprzeciwko. Wspaniały, optymistyczny film. Wzruszający i zabawny. Mam nadzieję, że wejdzie do kin i polecam bo ich występy są porywające i w kinie będzie można to docenić. Oczywiście polecam ten film także w zaciszu domowym. Film zdobył 1 miejsce w plebiscycie publiczności w konkursie filmów dokumentalnych. kapelusznik

19 wrz 2008

rysa

Film Rafała Rosy oparty na modnym ostatnio temacie – lustracji. Oni – dobre, kochające się małżeństwo z czterdziestoletnim stażem. Nie klepią biedy, żyją skromnie ale z godnością. On - z tych co to mówią o takich „dobry człowiek”, nauczyciel matematyki. Pierze, sprząta, gotuje. Ona – wykładowca uniwersytecki, z dobrej inteligenckiej rodziny. Miejsce – Kraków. W pewnym momencie w ich poukładane życie wchodzi „życzliwy”. Ktoś podrzuca kasetę z nagraniem telewizyjnym, w którym były ubek oskarża Jego o małżeństwo z wyrachowania, i donosy na jej ojca. Po takiej informacji nic już nie jest takie jak było. Jedzenie traci smak, życie jakby staje w miejscu. Bo skoro nie można już cofnąć tych lat to może da się chociaż nie dopuścić do następnych. Jadwiga Jankowska-Cieślak gra kobietę całkowicie rozsypującą się pod ciężarem własnej niepewności i brnie we własny obłęd tak długo jak sama decyduje, że nie chce trwać w tym małżeństwie. Tak do końca nie wiemy czy chodzi o to, żeby nie żyć z donosicielem, czy o to aby on nie żył z niedowiarkiem. Lecz kiedy on dostaje zawału jakby chciała się wycofać i pokazać, że nawet śmierć nie będzie decydować czy będą razem czy nie. Widzimy kobietę, egocentryczną, zdolną ranić bliskich, do których nie ma zaufania. Nie wiemy tylko czy to prawda o niej czy wynik rany na duszy. Film stawia pytanie czym jest lojalność. Czy młody człowiek, powiedzmy że zmuszony do donoszenia, może być nazwany zdrajcą jeżeli przez następne czterdzieści lat okazuje się być wiernym małżonkiem, kochającym ojcem a i czas donoszenia nie jest długi bo teść szybko umiera? Oczywiście zakładając, że był donosicielem. Czy należy obwiniać tylko jego? A co z tym, który go zwerbował? Przecież niejednokrotnie donosiciele byli zmuszani perfidnymi szantażami. Ujawniane potem raporty obciążają piszących a nie tych, którzy zmuszali do ich pisania. Oczywiście samo poruszenie spaw lustracji bardzo korci do dyskusji o niej ale dla mnie był to film o kłamstwie bardziej ogólnie pojętym i jego skutkach dla obydwu stron. Mamy tutaj oskarżenie, które może być prawdziwe i wtedy kłamcą jest mąż, lub fałszywe i wtedy kłamcą jest oskarżyciel. Niestety skutki wszystkich kłamstw dotykają nie tylko kłamiących. Tak jak kamień rzucony w wodę powoduje rozchodzące się fale, tak kłamstwo dotyka bliskich, rodzinę, przyjaciół, znajomych. Sprawia ból i zostawia brudne ślady na duszy a czasem ciągnie na dno rozpaczy. To bardzo trudny problem i dobrze, że został poruszony. Niestety, mimo wielu pytań, które obudził ten film, nie mogę go zaliczyć do filmów, które polecam. Warto go zobaczyć dla jego aktualności i aktorów, ale ma podstawową wadę polskich filmów – jest nużący. Brak dobrych dialogów i odrobiny optymizmu budzi moje największe protesty. Ja nie wymagam salw śmiechu, ale żyć ze sobą czterdzieści lat i nie uśmiechać się do siebie. Tak nie robią dobre małżeństwa. Zalicza więc ten film do gatunku - można zobaczyć w domu. kapelusznik

31 sie 2008

mroczny rycerz

Ponieważ starsze dziecko jest już w wieku, w którym ma prawo odmówić pójścia na „Małpy w kosmosie” a ja odmówiłam obejrzenia „Hancocka” wybraliśmy rozwiązanie polubowne i poszliśmy na „Mrocznego rycerza”.  Cała seria o Batmanie przyzwyczaiła nas do galerii barwnych zbirów, którzy bardzo dekoracyjnie wyglądali na tle czarnego uniformu Człowieka-Nietoperza. Te czarne charaktery zawsze wzbudzały dużo emocji. Były malownicze i przeważnie odtwórcy tych dziwadeł mogli się pochwalić opinią dobrych aktorów a nie tylko znanych gwiazd. Niestety przy takiej konkurencji sama postać Batmana wypadał blado i można było przeczytać lub usłyszeć różne utyskiwania na aktorów grających Nocnego Rycerza. Tak też jest i w przypadku „Mrocznego rycerza”. Tylko tutaj to nie batmani strój jest tłem. Mroczniejszą stroną jest wcielenie zła – Joker to on stanowi ciemne tło dla Batmana. Ten film należy do Jokera, nawet kiedy nie ma go na ekranie czujemy, że nie stoi bezczynnie a kiedy jest na ekranie robi się gęsto. To oczywiście zasługa Heatha Ledgera całkowicie utożsamionego ze swoją rolą, ale to stwierdzamy dopiero po seansie, w trakcie nie pamiętamy że to fikcja.  Joker Nicholsona był wrednie-groteskowy, bawiący się władzą, którą daje mu przewaga siły ognia i charyzma z jaką pociągał za sobą różne szumowiny. Joker-Ledger jest upiorny, jego groteskowość wynika ze stroju i kiepskiego makijażu ale to osoba, która nie musi mieć posłuchu u innych, nikogo nie potrzebuje a jeżeli potrzebuje dodatkową parę rąk to dostanie ją nawet wbrew woli pomocnika. To doskonały manipulator pozbywający się pomagierów, kiedy stają się zbędni. Inteligentny i uparty. Naprawdę szkoda, że taki Joker już nie pojawi się w innym filmie, bezsensowna śmierć zabrała wielki potencjał żyjący w tym aktorze. To smutne ale może właśnie ten potencjał nie pozwolił mu dalej żyć. Ten człowiek musiał mieś niesamowitą empatię pozwalającą na tak zaskakujące przemiany w filmach. Zawsze na miejscu i za każdym razem inny. Każda rola to inny człowiek, chyba trudno jest żyć z tyloma osobami w duszy a mieć w duszy jeszcze Jokera, którego sam stworzył to okropne.  Niestety Christian Bale cienko wypada przy takiej konkurencji. O ile jeszcze broni się jako Bruce Wayne to jako Batman jest beznadziejny. Zupełnie rozbrajała mnie jego mimika twarzy w masce. Nie ma o czym pisać.  Podsumowując, „Mroczny rycerz” po nudnawym „Batmanie- początku” to miłe zaskoczenie. Film trzyma tempo. Ma ciekawą intrygę i kilka innych ciekawych postaci, Gary Oldman jako komisarz Gordon, Morgan Freeman jako Lucius Fox, Michael Caine jako Alfred. Naprawdę z powodu Batmana nie trzeba zaraz rezygnować z zobaczenia tego filmu. Tym bardziej, że pokazuje starą prawdę, że mamy takich bohaterów na jakich zasługujemy w przystępny sposób i nawet mała dawka patosu na sam koniec nie jest w stanie spowodować zadławienia. Muszę jeszcze wspomnieć o jednym fakcie w filmie nie ma wcale krwi. Są sceny powodujące nasze odrętwienie ale nie widać krwi BRAWO.  kapelusznik

27 sie 2008

bezdroża

Jak się masz. Dziękuję, że napisałaś taki ciepły i szczery list. Bardzo dobrze się czyta o małych pasjach innych, takich które choć maleńkie (siedzenie na rozchybotanych krzesłach) to dają dużo radości i pokazują bliskość drogich nam osób. Nie dziwię się, że czujesz skrępowanie ja też próbuje wypaść jak najlepiej i wcale nie uważam tego za zakłamanie. Czasem tak jest, ze chcemy dobrze wypaść aby sprawić przyjemność przyjacielowi, w końcu jeśli to dobry przyjaciel to nasze małe zmartwienia i komplikacje z własną duszą wcale go nie ucieszą. Tak to już bywa, że przyjaciela nie bardzo da się oszukać. Możemy próbować być inteligentniejsi, moralniejsi niż naprawdę jesteśmy ale on jak radar wyczuje fałsz i zrozumie, że maski są czasem potrzebne. Tak jak Miles rozumiał Jacka choć wcale nie podzielał jego pasji do podrywania. Bo to wspaniałe mieć wspólne bziki ale wspaniałe też jest mieć swoje własne bziki i mieć pewność, że ktoś je rozumie. Można mu się także odwdzięczyć rozumiejąc jego bziki J. Przyjaciele z zewnątrz to dobra sprawa, ale oni też mają swoich zbzikowanych bliskich;). Siadają z nimi wieczorami i smakują filmy, które dobrze wchodzą pod wino i sery. Taki przyjaciel chętnie posłucha lub przeczyta potem o seansie i kłębiących się w głowie myślach i choć czasem przekaz w słowach nie zawsze oddaje dokładnie to co chcemy powiedzieć to można liczyć na zrozumienie bo z przyjacielem tak to już jest. kapelusznik

20 sie 2008

angielska robota

Już jestem, w pracy kocioł to i napisać nie ma kiedy. Wróciłam wyposzczona więc szybciutko do kina. Zaliczyliśmy w niedzielę dwa seanse. Jeden z dziećmi to o tym później. Wieczorkiem poszliśmy na „Angielską robotę”. Bardzo smaczny filmik i ładnie podany. Kilkoro drobnych krętaczy zostaje wciągniętych w polityczną intrygę przez służby specjalne. Ponieważ znamy zakończenie historii najbardziej interesuje widza to co pośrodku a w tym wypadku próby wyślizgnięcia się z zaciskającej się pętli. Próby czasem nieporadne i niestety niosące straty ale na tyle skuteczne, że nikt w tej sprawie nie został aresztowany, pieniędzy nie odzyskano a sprawa jak nagle wybuchła tak samo ucichła. Historia napadu na bank w Londynie oparta na faktach, została przeniesiona na ekrany bardzo zgrabnie. Zastanawia tylko na ile fantazja scenariusza odpowiada rzeczywistości. Niepodważalnymi faktami może być miejsce i sposób dokonania napadu albo zapis rozmów włamywaczy nagranych przez przypadkowego radioamatora. Ale cała teoria spiskowa dorobiona jako przyczyna kradzieży może być mocno naciągana. Mimo to polecam film ze względu na klimat i dobre wykonanie aktorskie. kapelusznik

30 lip 2008

żurek

Takich filmów brakuje mi najbardziej w polskiej kinematografii. Smutnych ale nie dołujących. Bo co też za życie mają nasze bohaterki, to pasmo biedy i upokorzeń. Rozpaczliwa walka o utrzymanie własnej godności i spokoju sumienia. Jednak jakoś nie czułam się podeptana po seansie. Pewnie, że nie ma nic wesołego, że córka ma dziecko z niewiadomokim a matka sypia z mężczyzną bo daje jej pieniądze. Ale żadna z tych kobiet nie jest postrzegana jak prostytutka (przez nas widzów). Uległość cielesna nie brudzi ich dusz. Co ciekawe nawet facet korzystający z "usług" matki nie gardzi nią. Wydaje się, że bliższe poznanie Halinki i Iwonki ukazuje ich czystość. Do tego świetna Figura i dotrzymujący jej kroku Zamachowski. Bo ten film należy do Kasi Figury. W pełni wykorzystano jej przaśną urodę. Oglądając po raz drugi ten film wcale nie miałam dość. Bo ja żurek basiu mogę jeść zawsze i nie odmawiam sobie. Choć czuję, że pod twoim postanowieniem nie kryje się niechęć do zupy tylko jakieś inne powody. Zastanawiałam się gdzie kryje się optymizm, który niewątpliwie dodaje smaku temu filmowi. Chyba w ludziach, którzy nie poddają się, nie są drobiazgowi i przyjmują z godnościa to co da im los. Zakończenie filmu wydało mi się trochę naciągane ale jakoś trzeba było tę historię zakończyć choćby w nagrodę za wytrwałość Halinki, a pozostawienie pytania "co z ojcem?" dało by większy niedosyt. Zakończenie jest jak majeranek w żurku, nie lubie majeranku ale w żurku jest konieczny nadaje ten końcowy smak. kapelusznik

11 lip 2008

niedziela

Na koniec dnia a właściwie nocy zaserwowałam sobie „X-man 3, ostatni bastion”. Nie było tak najgorzej ale pisać mi się nie chce. W każdym razie nie nudziłam się.Na niedzielę wybrałam jako pierwszą „Mokrą robotę” .Taki filmik nie specjalnie wysokich lotów ale z klimatem. Płatny zabójca polskiej !!! mafii Frank Falenczyk (Ben Kingsley) ma poważny problem z alkoholem. Problem staje się problemem „rodziny” gdy Frank zawala kolejne zlecenie. Zostaje wysłany do San Francisco, skierowany do grupy AA i do pracy w ...kostnicy. Właściwie obeznany z trupami morderca nie powinien mieć problemu z aklimatyzacją ale te trupy to jakby nie jego. Do tego poznaje kobietę (Tea Leoni), która najwyraźniej jest mu przeznaczona. Nie opowiem reszty, warto zobaczyć ten film bo jest lekki i dobrze się go ogląda. Do tego ma bonusik. Bill Pullman gra małą rólkę niechlujnego i upierdliwego opiekuna Franka w San Francisco. Takie perełki zawsze mnie zachwycają. Bardzo proszę zobaczyć ten film dla Pullmana J. Drugi film – „13 rozmów o tym samym”, kilkoro zupełnie obcych sobie ludzi a ich losy plączą się ze sobą. Film o nieprzewidywalności losu i o tym, że konsekwencje naszych czynów dopadną nas tak czy inaczej.Troy odnosi sukcesy jako prawnik i pozostaje głuchy na głos przypadkowo spotkanego w barze Gene’a, który jak Kasandra wróży mu odwrócenie losu. W drodze do domu potrąca samochodem kobietę a ponieważ wypił drinka, ucieka przekonany, że ofiara nie żyje. Film jasno mówi, żeby nie ufać za bardzo temu co nas spotyka dzisiaj bo wszystko może się zmienić jutro. Na lepsze,na gorsze, na inne ale się zmieni. Polecam bo dobrze zagrany i nawet mimo późnej pory dobrze się ogląda. kapelusznik

9 lip 2008

wolne c.d.

Następnym filmem poprawiałam sobie humor. Nie żeby „Informator” mnie jakoś źle nastroił jednak „Godziny szczytu 3” po tamtym filmie to zupełna zmiana nastroju. Trójka zdecydowanie najbardziej podobała mi się z całej serii. Ma tempo i dużą dawkę humoru. Wszystkie filmy z Jackiem Chanem zawierają dużo autoironii i dlatego lubię je oglądać. A jeżeli dodamy do tego Chrisa Tuckera to mamy mieszankę piorunującą. Nie będę się zagłebiać w fabułę bo i nie ma w co. Dodam tylko, że małą rólkę zagrał tam Roman Polański. Mnie ten film ubawił i dobrze nastroił do następnego. „Hałas” – cały film kręci się wokół tytułowego hałasu a konkretnie alarmów samochodowych. Wszechobecnych i drwiących sobie z nas swoim syrenim wyciem. Mieszkańcy dużych miast wiedzą jak męczące są niesprawne w pełni i olewanie przez właścicieli samochodów alarmy, które zamiast chronić – dokuczają. Główny bohater (Tim Robbins) filmu nie zamierza być bierny i wydaje walkę wyjcom. Niestety w świetle prawa jest przestępcą bo narusza czyjąś własność. Po raz kolejny okazuje się, że prawo jest ślepe a ludziom jest wygodniej poddać się temu stwierdzeniu niż walczyć o prawo do godnego życia. Zabawny filmik, który nie zagłębia się mocno w problem ale samo pokazanie go uświadamia nam jak często godzimy się na ustępstwa wobec nieprzyjemnych sytuacji w zamian za spokojne życie i niewidzialność w tłumie. kapelusznik

7 lip 2008

wolne

Wolny weekend to świetna sprawa można wypożyczyć filmy i oglądać nie będąc narażonym na groźbę przerwania seansu przez dzieci czy męża domagających się życia rodzinnego. Tak mam wolny cały tydzień, szalony podwieczorek ma przerwę, zegary ruszyły w tempie, który sama sobie ustalę. JNa pierwszy ogień poszedł „Informator”. Wiele takich filmów już powstało. Człowiek uwikłany w walkę z korporacją, bezsilny i maleńki. Film oparty na faktach z dobrą obsadą: Al Pacino, Russell Crowe, Christopher Plummer. Jeffrey Wigand (Crowe) zostaje zwolniony z posady wiceprezesa w dużym koncernie tytoniowym. Od pierwszego ujęcia widzimy, że mężczyzna nosi w głowie jakąś troskę. Bardzo skupiony Russell Crowe chyba był najlepszym kandydatem do tej roli, dobrze pokazuje introwertyczność głównego bohater. Włściwie to nazwanie go świetnym aktorem wydaje mi się przesadą, on przeważnie gra podobne role, tutaj zaprezentował wersję z „Pięknego umysłu” - ascetyczne środki wyrazu, spuszczona głowa. Widzimy osaczenie postaci przez własne myśli a przedewszyskim strach przed utratą swojego życia. A jego los jest bardzo niepewny bo zadarł z gigantem mającym górę pieniędzy. W walce wspiera go dziennikarz Lowell Bergman (Al Pacino) na początku dla własnej potrzeby, namawia Jeffreya na wywiad do cieszącego się dużą popularnością programu, potem z własnej woli by być w zgodzie z własnym sumieniem. Wywiad ma dotyczyć dezinformacji klientów producenta papierosów co do szkodliwości tytoniu. Brzmi trywialnie ale nie to jest najważniejszy problem.„Informator” pokazuje małość jednostki wobec machiny systemu wzajemnych uzależnień wielkich firm. Gra pozorów, wzajemne ustępstwa, konkurencja, podkopywanie wiarygodności konkurencji – te cele nie przebierają w środkach a jeśli na drodze stanie pojedynczy człowiek to można go spisać na straty.Wywiad na być nagrany dla programu demaskującego fałsz, ujawniającego brudy świata, ale sam tkwi w systemie i aby istnieć na rynku musi trzymać się reguł współżycia. Efekt jest taki, że wywiad przez który Wigand stracił swoje miejsce we własnym małym światku (rozpad rodziny, utrata pracy i dobrej opinii) nie zostanie wyemitowany. Stacja wycofał się bo zagrożono jej pozwem sądowym. Widzimy nieistotność jednostek a potęgę układów popartych władzą, pieniędzmi i wpływami. W sumie dobry film, dobrze zagrany. Film prawie bez muzyki. Smutny, gdy uzmysłowimy sobie jak mało znaczymy dla innych. kapelusznik

3 lip 2008

kung fu panda

Są wakacje więc filmy też mogą być wakacyjne. Wszedł do kin nowy film animowany „Kung Fu Panda”. Tak naprawdę wakacje i dzieci to tylko wymówka. Bardzo lubię filmy animowane a takie jak „Kung Fu Panda” zwłaszcza lubię. Historia nie jest jakoś szczególnie oryginalna bo opowiada o poświęceniu przyjaźni i wierze we własne możliwości.Ale do rzeczy. Duży, gruby i lubiący fantazjować Po jest synem sprzedawcy klusek. To przyziemne zajęcie i jednokierunkowość myśli ojca przygnębiają pandę, który marzy o potędze wojownika. W wyniku niezwykle burzliwego splotu przypadków (nic nie dzieje się przypadkowo, tak już mówił mistrz Kenobi) zostaje wplątany w rozgrywki między wielkimi wojownikami. Wojownicy nie zawsze są wielcy ciałem ale duch walki to ho ho. Dość powiedzieć, że Po zostaje wyszkolony w sztuce walk i wykazuje talent zupełnie zaskakujący przy jego aparycji. Fabuła zgrana jak stara płyta, ale ten film jest dowodem na to, że można zrobić naprawdę śmieszny film dla dzieci bez podtekstów i mrugania okiem do dorosłych widzów. Film ma wszystko czego potrzebuje kreskówka. Ma charakterystycznego bohatera, bohater ma przyjaciół, którzy go wspierają. Jest czarny charakter. Dobro zwycięża a film ma przesłanie podane jasno ale nie nachalnie. Wszystko to podane z dużym humorem, który bawi dzieci i dorosłych bez niepotrzebnych ukłonów w stronę widzów różnych wiekiem.Szczerze polecam na wakacje i nie tylko. Gdybym miała wybierać między Shrekiem a Pandą wybrałabym Pandę. Oczywiście każdy może mieć inne zdanie ale trudno nie przyznać, że „Kung Fu Panda” to film jasno skierowany do dzieci a mimo to zabawny i dla dorosłych.P.S.A Po wcale nie był leniwy, naprawdę nie rozumiem dlaczego we wszystkich opisach darzą go takim epitetem. Gruby, niezdarny, z głową w chmurach ale nie leniwy. :) kapelusznik

27 cze 2008

labirynt fauna

Ten film jest tak wysmakowany plastycznie, że aż strach go opisywać, bo cóż opisywać słowami obrazy, które mówią same za siebie. Połączenie wyobraźni dziecka z wojenną rzeczywistością sugeruje, że jest to ucieczka zagubionej bezbronnej istoty przed brutalnością świata, któremu wydaje się nie zależeć na niczyim życiu. Chyba ta obojętność najbardziej boli zagubione małą bohaterkę. Wszystko w tym filmie jest takie sugestywne. Łatwo nam widzom identyfikować się z samotnością Ofelii. Widzimy jej tęsknotę za matką, ból jaki sprawiają jej słowa ojczyma, że lekarz ma ratować noworodka a nie matkę. To prawdziwe próby dla osamotnionej dziewczynki. Przeniesienie do świata fantastycznego pozwala jej na przeżycie i zachowanie godności. Celowo napisałam fantastycznego a nie fantazji bo film nie daje jasnej odpowiedzi, po której stronie zostaje Ofelia. Rozsądek mówi nam, że umiera ale ludzkie pragnienie przetrwania skłania się ku wierze w śmierć jako w przejście na inna stronę. W filmie nie ma zbędnych scen a przemoc ograniczona jest do minimum, nie jest to jednak film pozbawiony brutalnych momentów. Te które są bolą bardzo, prawie fizycznie. Aktorzy są naprawdę wspaniali ich doskonałą grę docenia się właściwie po zakończeniu filmu. To, że film jest taki dobry wynika z tego, że tak bardzo identyfikujemy ich z postaciami. Nienawidzimy Vidala, boimy się razem z Mercedes. Rozumiemy nawet gniew i żal matki kiedy Ofelia zniszczyła nową sukienkę mimo, że orientujemy się w sytuacji lepiej niż ona. Tak aktorzy wywiązali się ze swoich zadań celująco.Po takim filmie mam niestety żal do Guillermo del Toro. Nie o Labirynt a o Sierociniec, który w ramach solidarności zawodowej firmował swoim nazwiskiem. Ale o tym innym razem. kapelusznik

26 cze 2008

300

To filmiszcze aż prosi się o parę ciepłych słów. Nie dało się tego obejrzeć od początku do końca nawet jako dodatek do prasowania. W kinie na tym filmie była moja lepsza połowa a ja nie i jestem bardzo zadowolona z tego. Miałam okazję zobaczyć to „dzieło” w domu. Naprawdę nie można usprawiedliwiać miałkości treści, tandetnego scenariusza i kiepskiej gry aktorów faktem, że to ekranizacja komiksu. Komiks to rozrywka dla mas ale wcale nie musi być papkowata. Ekranizacja komiksu nie powinna być papierowa bo film to nie papier. Twórcy filmu nie potrafili tchnąć życia w postaci na ekranie. Nieumiejętność podjęcia tematu widać na każdym kroku.Odniosłam np. wrażenie, że bohaterowie poruszali się jakby mieli się zaraz rozsypać. Rozumiem, ze chodziło o dostojność ale coś nie wyszło. Mnie najbardziej odstręczały nadęte przemowy. Nikt tam z nikim nie rozmawiał tylko wszyscy przemawiali, zupełnie jak w parlamencie, tylko nie zaczynali od „WYSOKA IZBO”. Nie poczułam zupełnie spójności w tym filmie, jakby zlepiono wiele nagranych luzem scen. W jednej Leonidas kroczy po pałacu w następnej wspina się na skałki, jakaś kobitka wije się w tiulach potem scena w szczerym polu z jakimiś ludźmi (to chyba byli przedstawiciele chłopów). Sceny walki pominę bo i tak się nie znam, nie porywają mnie. Naprawdę nie rozumiem takich filmów chyba jednak trzeba być mężczyzną. A testosteron w tym filmie? Oni nie byli z testosteronu tylko z tektury, też na T. kapelusznik

25 cze 2008

dedykacja

Basiu, tego bloga dedykuję Tobie. To nie są górnolotne słowa, widmo przypominania o każdym wpisie na stronie innej niż pierwsza trochę mnie rozstrajało. Moje odpowiedzi będę pisała tutaj z zaznaczeniem o którą notkę mi chodzi. Myślę, że pojawią się i moje własne wpisy, które będą nie tylko odpowiedzią na twoje notki. To będzie taka namiastka forum i zawsze jakaś wymiana mysli. kapelusznik